Homilie z minionych niedziel i uroczystości

Homilia z V Niedzieli Wielkiego Postu (29 marca):

Martę i Marię – siostry z dzisiejszej Ewangelii kojarzymy ze słynną sceną, gdy goszcząc Jezusa – jedna z uwagą słucha każdego Jego słowa, a druga tymczasem uwija się przy obowiązkach. Wiemy, że ideałem jest połączenie tych postaw, zgodnie z zawołaniem św. Benedykta: Módl się i pracuj!

Dziś widzimy siostry zjednoczone w bólu rozstania po śmierci ich brata Łazarza. Obie wypowiadają to samo zdanie: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł…”.
My również, bez względu na to, czy kogoś ostatnio przyszło nam pożegnać, znajdujemy się w atmosferze smutku, śledząc szybko rosnące statystyki zachorowań i zgonów w Polsce i na świecie. Nie opuszcza nas ze swoim słowem pociechy Pan Jezus, zapewniając nas dzisiaj: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie”.

Ów spokój, jaki zachowuje Jezus, wręcz uderza nadzieją. Zauważamy jednak na obliczu Jezusa dziś łzy, które są zobrazowaniem rozważanej, w uroczystość Zwiastowania, tajemnicy Jezusa: w pełni Boga i w pełni Człowieka, a więc niepozbawionego ludzkich uczuć, emocji… Jezus płacze, bo odszedł Jego przyjaciel, bo tyle wokół smutku, żalu, żałoby…

Jeśli przeczytałeś dzisiejszy fragment Ewangelii, mogło uderzyć Cię: skoro Jezus teraz płacze, to czemu nie spieszył się wówczas, gdy usłyszał o chorobie przyjaciela?
Chciał przez to pokazać, że fizyczna śmierć wcale nie jest tym najgorszym, co może przydarzyć się człowiekowi, chrześcijaninowi. Dla nas „śmiertelną chorobą” jest grzech i śmierć duchowa. Pięknie wyjaśnia to o. Wojciech Jędrzejewski, dominikanin:

„Są dwa rodzaje śmierci: fizyczna oraz duchowa. Tę drugą „zawdzięczamy” grzechowi.

Fizycznie człowiek umiera od narodzin, tyle że do pewnego momentu jest to umieranie dzieciństwa na korzyść dorosłego, a potem z górki: od dorosłości do starości. Doświadczenie śmierci „ciała” jest czymś, co depcze nam po piętach niemalże na każdym kroku. Nie tylko przez własne kryzysy zdrowotne albo odejścia bliskich czy dalekich ludzi, ale także poprzez przemijanie rzeczy. Czego byśmy się nie tknęli, to topnieje to w rękach. (…)

Śmierć duchowa dopada nas wtedy, gdy pozwalamy, by nasze wnętrze było rozdarte przez grzech. Co to konkretnie znaczy? Jeśli wydaję siebie samego moim namiętnościom: np. chorobliwej ambicji, wściekłości, nienawiści,
cynizmowi, pożądliwości, kłamstwu itd., to wtedy mój duch zostaje rozerwany na dziesiątki części. W takiej sytuacji prawdziwe życie, czyli zdolność do odpowiedzenia miłością na miłość Boga, musi ze mnie uciekać, gasnąć.

Sama śmierć fizyczna, bez tej spowodowanej grzechem śmierci duchowej, może być uciążliwa, ale nie musi budzić rozpaczy. Albowiem w tajemnicy mojej osoby, mojego serca, kwitnie życie, które opiera się na odpowiedzi miłości danej Bogu. On, wieczne Życie, woła mnie”.

Swoją refleksję o. Wojciech kończy słowami, wydawałoby się kontrowersyjnymi: „Aby ratować nas od duchowej agonii, Zbawiciel nie zawaha się przed zadaniem nam bólu, nie cofnie swej ręki, aby nas zranić. Wszystko jednak po to, abyśmy doznali uleczenia”.

Jakiego to bólu, rzekomo w dobrej wierze, jest nam w stanie zadać dobry i miłosierny Bóg? – możemy zapytać.

A skąd pewność, że właśnie teraz nie przeżywamy czasu (przecież trudnego i bolesnego), który Bóg dał dla naszego oczyszczenia, dla ponownego wyboru priorytetów, dla odkrycia własnej kruchości i przemijalności względem mocy Boga? Może więc i ta „choroba” rozumiana jako nasz obecny stan lęku i niepewności „nie zmierza ku śmierci, ale chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą” (J 11,4).

Prośmy dziś, abyśmy na skutek tego doświadczenia zrozumieli, że obawiać należy się śmierci duchowej. Obyśmy zatęsknili za żywym Bogiem i umocnieni spotkaniem z Nim z ufnością patrzyli w niepewne jutro.

P.S. I żyj tak, aby Jezus nie płakał widząc, jak lekceważysz sobie zagrożenie płynące z duchowej śmierci. Bo pewnie już w przeszłości patrząc na Ciebie i na mnie, dosyć płakał…

Homilia z Uroczystości Zwiastowania Pańskiego (25 marca 2020):

Zwiastowanie Pańskie – dzień, w którym Maryja otrzymuje przez pośrednictwo Archanioła Gabriela wolę Bożą odnośnie do Jej życia. To dla nas kolejna okazja do otrzymania Bożej nadziei.

Dziś w kapłańskim brewiarzu można przeczytać taką modlitwę: „Dzisiaj Bóg zstąpił na ziemię, uwielbiajmy Wcielone Słowo”. Jak to dziś? – zapyta ktoś. Czy nie raczej za 9 miesięcy, gdy już spokojnie, daj Boże, będziemy mogli paść sobie w ramiona z opłatkiem w ręku? To jednak dziś, a więc w Zwiastowanie, Jezus znajduje swoje miejsce tu na ziemi, pod sercem Maryi. Ojciec posyła Go z wysokości nieba… I to dziś Bóg Ojciec odpowiada na jakże istotną teraz potrzebę naszego serca, potrzebę bliskości kogoś, kto odsunie nasze lęki i powie jak Archanioł Gabriel do Maryi: „Nie bój się!”.

Jezus nie przychodzi jako książątko, jako arystokrata, ale wydaje się wręcz, że najlepiej Mu w środku ludzkiej biedy, a przynajmniej najczęściej właśnie tam bywa podczas swojego pobytu na ziemi. Św. Paweł powie: „nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem.. A w tym, co zewnętrzne, uznany tylko za człowieka, uniżył samego siebie, gdy stał się posłusznym aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej”.

Wyjątkowo pochylamy się dziś nad tą tajemnicą człowieczeństwa Jezusa i chwalimy Boga Ojca za przejawy Jego troski: „Nie bój się”, bo „nie ma dla Mnie nic niemożliwego”. Człowieczeństwo Jezusa nakazuje nam pochylenie się nad drugim człowiekiem i odkrycie w jego twarzy Bożego odbicia. Nawet gdy mówiąc żartobliwie, może nie jesteś w stanie już patrzeć na domowników 😄, tkwiąc z nimi w zamknięciu czterech ścian.

Z pewnością natomiast oblicze Jezusa i to cierpiącego można odczytać w naszych cierpiących siostrach i braciach, i tych cierpiących dosłownie z powodu koronawirusa i innych chorób, ale i tych, którzy aktualnie z lękiem patrzą w przyszłość swoją, swojej ojczyzny i narodu. Jezus pragnie to z nami dzielić!

I dziś, gdy na nowo odkrywamy kruchość, a przez godność i wartość ludzkiego życia, niech owocem tego dnia będzie podjęcie Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Mówiło się nawet, że pomimo pustoszącej wiele krajów epidemii, liczba ludności na świecie nie spadłaby, a nawet wzrosła, gdyby tylko… zamknięto na czas epidemii niektóre tylko „kliniki” aborcyjne. Swoją drogą, jaki przerażający kontrast! W jednym miejscu z takim pietyzmem walczy się o życie, a w drugim bezceremonialnie, a nawet zgodnie z prawem, można je spłukać w muszli toaletowej!

My, w większości, nie jesteśmy na ostrym dyżurze, ale włączając się w dzieło Duchowej Adopcji, możemy też wspaniale ratować życie ludzkie. I odmierzać sobie tym samym czas do świąt Bożego Narodzenia, które jak wierzymy będą już spokojne i radosne. Niech będą radosne również dzięki temu dziełu, gdy my, 25 grudnia podziękujemy Bogu, a On nam podziękuje za troskę o życie tego jednego dziecka, które Bóg chce Ci dziś powierzyć pod opiekę. Szczegóły: http://rodzina.zamojskolubaczowska.pl/…/duchowa-adopcja-dz…/

Prosimy dziś za wszystkich, którzy przebywają w domach: niech tam też dotknie Was wola Boża, jakieś Boże słowo, usłyszane w telewizji, odczytane w internecie, a może ponownie odkryte dzięki zakurzonej dotychczas księdze Pisma Świętego… To, że jesteś nie z własnej woli zamknięty w domu, wcale nie jest przeszkodą dla działania Bożej łaski. Właśnie tam może Cię znaleźć Pan Bóg. Maryję znalazł…

Homilia z IV Niedzieli Wielkiego Postu (Niedzieli Radości), 22.03.2020:

Dziś IV Niedziela Wielkiego Postu. W liturgii używamy różowych szat – złagodzonego fioletu. Niesie ten róż jakąś iskrę nadziei, że już blisko Zmartwychwstanie. Jeszcze kilka czy kilkanaście dni temu miałem nadzieję, że to właśnie dzień Zmartwychwstania Pańskiego będzie tym, który wypuści nas wszystkich z domów, pozwoli na radosne spotkanie, nie tylko z Jezusem, ale nawet jakże obecnie oczekiwane – spotkanie nas wszystkich w kościołach i kaplicach.

Dziś wiemy, że to na razie nierealne. Że nawet przy przysłowiowym „poświęceniu jajek” się nie spotkamy. W tym roku jajko do podzielenia pobłogosławią najpewniej w wielu domach ojcowie rodzin bądź ktoś inny przy wielkanocnym stole (tak, jest to możliwe, nie tylko zresztą podczas epidemii).

Na szczęście Wielkanoc nie jest odwołana!

Pan Jezus nie odkłada Zmartwychwstania, nie zmógł Go wirus! A tym samym nie odbiera nam ostatniej deski ratunku: nadziei, która jeszcze pozwala nam się uśmiechać, z optymizmem patrzeć w przyszłość.
Potrzebna nam teraz zarówno nadzieja, że też, na pewno na różny sposób poobijani, powstaniemy jako naród, społeczność z tego, co obecnie tak trudne. Ale też Pan Bóg chce bardzo osobiście przynieść nadzieję do serc każdego z nas. Bo tam oprócz tego ogólnego światowego problemu nadal te nasze małe, domowe, zwyczajne kłopoty, trudności, których termin ważności wraz z przyjściem wirusa wcale nie minął…

To czym się ucieszyć w tę Niedzielę Radości?

Sięgnijmy do dzisiejszej Ewangelii. Czytając tekst tylko pobieżnie, powiedzielibyśmy: Jezus przywraca wzrok niewidomemu. Owszem, to piękna łaska niewątpliwie wywołująca radość. Ale rozważając ten fragment do końca zauważamy, że celem spotkania Jezusa z tym człowiekiem wcale nie było samo uzdrowienie, ale jego deklaracja z końca tego fragmentu: WIERZĘ, PANIE. Uczynienie cudu było dla Jezusa tylko pretekstem do rozmowy, zbudowania relacji. Pretekstem na pewno potrzebnym ludziom Jezusowi ówczesnym, bo skąd mieli wiedzieć, aby iść akurat za Jezusem, gdyby ich jakoś przy sobie nie zatrzymał?
Może dlatego dziś jakoś mniej jest spektakularnych uzdrowień, choć nadal mamy z nimi do czynienia podczas modlitw charyzmatycznych, Mszy świętych o uzdrowienie. Przecież już tyle mamy pretekstów do rozmowy z Bogiem, tyle razy nas już Pan Bóg „zaczepiał”. Choćby teraz…

Jezus dziś już nie musi nam niczego udowadniać! Jesteśmy od ludzi Jezusowi ówczesnych mądrzejsi o pełną znajomość życia Jezusa, sens Jego misji zbawczej, tak bogate doświadczenie Kościoła… Powinno być nam łatwiej, a iloma rzeczami wciąż się zasłaniamy, zagłuszamy, by nie usłyszeć Jego głosu. Jak wiele czynimy wysiłku, aby się przypadkiem jakoś bardziej nie zaangażować? Dla ilu ludzi (mieniących się nawet katolikami) to, czy jest dyspensa od uczestnictwa w Eucharystii czy nie ma, przestało mieć znaczenie. Ich miejsce i tak pozostałoby puste…

Może nas dziś jeszcze zadziwić inna okoliczność: dlaczego Jezus kładzie niewidomemu błoto na oczy i wysyła go do konkretnej sadzawki? Przecież mógł sprawić cud od razu. Może po to, żeby ten przemyślał coś po drodze… Żeby naprawdę zaufał… W końcu miał szansę podjąć decyzję. Mógł zetrzeć to błoto, nim doszedł do celu i stwierdzić: „robi mnie w konia, po co robię z siebie durnia? Innych normalnie uzdrawiał”. Nie – szedł do właśnie tej sadzawki… Nawet, jak się potem okaże, szedł nie tylko po ten wzrok zmysłowy. To był tylko dopiero początek Jego relacji i odkrycia sensu Jego życia, wyrażonego w słowach : Wierzę, Panie.

Czy my teraz aby nie idziemy do sadzawki, z błotem na oczach? Bo też póki co, niczego nie rozumiemy, nawet jutro jest przed nami zasłonięte… Czy ktoś w Adwencie myślał, że w Wielkim Poście, za 3 miesiące nie będzie rekolekcji? Nas na pewno też z tej sytuacji Jezus wyprowadzi. Ale może nie czekajmy zbyt długo, ale już teraz zatrzymajmy przechodzącego Jezusa i powiedzmy Mu: wierzę Panie, że masz plan, że chcesz mnie czegoś nauczyć, dać do myślenia. Po to, bym w końcu uwierzył.

Nie zamykajmy serc,
zbawienia nadszedł czas
gdy Jezus puka w drzwi
może ostatni raz.

Homilia z Uroczystości Świętego Józefa, Oblubieńca NMP (19.03.2020):

Zachwyca nas wsłuchanie się w wolę Bożą świętego Józefa, nieoderwane skądinąd od męskiego, twardego stąpania po ziemi.
Gdy dowiaduje się o tym, że Maryja oczekuje dziecka, schemat Jego działania jest prosty: użył logiki (chłodnej dedukcji, podpowiadającej co widocznie musiało się stać, skoro Jego Małżonka nosi pod sercem dziecko), rozsądku (zamierzał ją oddalić), do której oczywiście dodał wiele miłości („oddalić potajemnie”, by nie narazić Jej na zniesławienie).
Gdy przyszedł do niego Anioł, nie uniósł się fałszywie rozumianym męskim honorem: skoro już postanowiłem, to klamka zapadła! Nie, św. Józef pozostaje pięknie otwarty na wolę Bożą. Niezrozumiałą… Skądś to znamy. A ponieważ tyle chłodnej logiki wcześniej użył, to pewnie bolała go konieczność zmiany decyzji. Ale wsłuchuje się w ten głos… Wie, że coś tam jeszcze jest za tą zasłoną, czego On rozumieć nie może, nawet nie musi…. bo Bóg się przecież opiekuje…

Kilkanaście wersetów dalej w Ewangelii św. Mateusza czytamy:
„Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: «Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić». On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda” (Mt 2,13-15).

Jezus też był w Egipcie na swoistej kwarantannie. Po to, żeby ludzkie zło i nienawiść nie zdołały Go pokonać, zanim Bóg zdecyduje o realizacji swojego Boskiego planu zbawczego. Więc w istocie św. Józef jest pięknym patronem naszego czasu „kwarantanny”.
W powyższej Józef pewnie nawet nie zdążył wymyślić nic swojego, choć pewnie próbował: „Skoro Jezus ma w istocie być kimś wyjątkowym, to dlaczego mam z Nim uciekać? Ukrywać się?” Wiedział jednak, że jeśli pójdzie za wolą Bożą, to się nie zawiedzie. Zaufa temu, komu już zaufał, i się nie zawiódł.

Na stronie jednej z parafii znalazłem w ostatnich dniach wpis mniej więcej takiej treści: „Jeśli w obecnej sytuacji nie wiemy, jak się zachować, to słuchajmy służb wydających zalecenia”. Niekiedy nasza mentalność każe nam myśleć po swojemu. Choćby po każdej transmisji meczu każdy szanujący się kibic staje się ekspertem od piłki nożnej, znawcą przepisów dużo większym od wszystkich sędziów FIFA razem wziętych… 😉

Bywa niestety, że nawet w sytuacjach tak niejasnych jak ta robimy po swojemu… Przecież uczciwie musisz przyznać, że jeszcze takiej sytuacji nie było… Skąd ta pokusa bycia mądrzejszym? Przebywasz na surowej kwarantannie, bo spotkałeś się z kimś potencjalnie zakażonym? Nie wychodź z domu! Kapłani proszą, aby nie siadać w kościele w skupiskach? Usiądź dwie albo trzy ławki dalej od innych. Nawet jeśli to „nie twoja ławka” 😉

Jeśli nie chcesz się pomylić, to słuchaj ludzi mądrych i jak święty Józef słuchaj Boga… Gdyby zaczął on z Bogiem dyskutować i unosić się męskim honorem, to może i nie doszłyby do skutku Boże plany… aż po mękę i śmierć Chrystusa uobecnianą na ołtarzu aż po dzień dzisiejszy… do której teraz tak bardzo wielu tęskni… Bo ta Ofiara jest naprawdę życiodajna… między innymi dzięki temu, że Józef posłuchał…
Dopiero dziś, gdy czytamy w całości świętą Ewangelię, widzimy sens kwarantanny Jezusa w Egipcie. Wtedy Józef po prostu uczynił to, co usłyszał, że ma czynić.

Nie polemizuj z kwarantanną, ale pomyśl, jaki zbawczy plan Bóg chce teraz przeprowadzić przez Twoje życie. Bo jeśli jesteś chrześcijaninem, to przecież ani w moim ani w Twoim życiu, nie jest to sytuacja przypadkowa…

Święty Józefie, nadziejo chorych, opiekunie Kościoła świętego, módl się za nami!

Homilia z III Niedzieli Wielkiego Postu, 15.03.2020:

Być może i nam, w tych trudnych dniach, wyrywa się z ust wyrzut podobny do tego, który Izraelici adresowali do Boga w dzisiejszym pierwszym czytaniu: „Czy Pan jest rzeczywiście wśród nas czy też nie?” (Wj 17,7).
Nagle znaleźliśmy się w położeniu bez precedensu. Doświadczyliśmy jakiegoś niepokoju, niepewności o jutro, a przez to staliśmy się jeszcze bardziej spragnieni pokoju i nadziei.
Jak zawsze, na nasze potrzeby serca hojnie odpowiada nam Słowo Boże, choćby św. Paweł, mówiąc nam dziś: „zachowajmy pokój z Bogiem przez Pana naszego Jezusa Chrystusa” oraz „nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego”. Tylko w Bogu możemy odnaleźć niegasnące źródło nadziei.

Ten czas epidemii dotyka nas w Wielkim Poście – okresie roku liturgicznego, w którym Kościół co roku nas zachęca, by wyjść na pustynię, zmierzyć się z sobą, swoimi słabościami, odkryć potrzebę Boga, spotkać Jezusa…
I pewnie, co roku, zwykle trudno o dobre, prawdziwe, Boże przeżycie tego czasu, bo: nadmiar pracy, obowiązków, nieobecność na rekolekcjach usprawiedliwiana brakiem czasu, spowiedź świąteczna odbębniona w ostatniej chwili.. Teraz wielu z nas otrzymało ten czas, dostrzegając, że nasza codzienna praca może (albo nawet musi) poczekać, a tym mam szansę pomyśleć o sprawach fundamentalnych…

Przy tej okazji z pewnością ujawniają się nasze głody i sprawy, które w głębi serca uznajemy za najważniejsze. Co więc stanęło na czele listy Twoich potrzeb i pragnień ostatnich dni, jakże pełnych niepokoju? Czy aby nie tylko dodatkowa paczka makaronu i (niezbędny skądinąd) papier toaletowy?

Samarytanka z dzisiejszej Ewangelii dzięki Jezusowi odkryła przy źródle, czego tak najbardziej potrzebuje. Czy nie warto pójść i nam do źródła? I w końcu uczciwie, zacząć myśleć, czy aby to, co się dzieje, nie jest jakimś znakiem czasu? Po co żyję? Dla czego, dla kogo i z kim? Czy na pewno z Tym, od którego moje życie zależy i ku Któremu zmierza?

Pismo święte jest pełne przykładów mówiących o tym, że Pan Bóg nawet z jakiegoś bałaganu, chaosu, potrafi wyprowadzić owoce. Jakie mogą owoce tego czasu „kwarantanny”? Np. głód obecności w sercu Eucharystycznego Jezusa na skutek tego, iż wielu z nas (jak wierzę, ze względu na nasze wspólne dobro) zdecydowało się pozostać w domach. Może teraz Jezus chce zachęcić nas do odnowy modlitwy rodzinnej? A nawet do postawienia tak popularnych niegdyś w domach ołtarzyków, gdzie modlono się wspólnie…
Choćby w tych dniach o 20.30 Księża Biskupi zachęcają nas do jedności na modlitwie w intencji ustania epidemii, o zdrowie dla chorych, o opiekę Bożą dla nas, o pokój serca pośród wiadomości ze świata, które z godziny na godzinę napawają nas coraz większym lękiem. A ile w naszych sercach gromadzi się rozmaitych, osobistych intencji…

Wsłuchujmy się w nasze głody, siostry i bracia… One nam wiele powiedzą o nas samych… Pytajmy siebie o głód obecności Jezusa… On teraz chce Ciebie znaleźć, jak Samarytankę – przy studni, a więc, tam gdzie żyjesz, pośród Twoich domowych spraw i zajęć…

Niech nie brakuje nam odwagi, żeby przyprowadzać do Jezusa kolejnych Samarytan, a więc naszych domowników, nie na siłę, ale zapraszając z uśmiechem do wspólnego różańca w obliczu tego, co niepewne…

Niech nasze domy stają się Kościołami domowymi, tętniącymi nie tylko codziennymi sprawami i szumem telewizorów, ale także pokojem w sercu zachowanemu dzięki ufnej modlitwie, i dzięki skierowanej ku Bogu nadziei, która przecież, jeśli tylko jest naprawdę w Nim zakorzeniona, „zawieść nie może”. +

*******************

fot. P. Łuczka